niedziela, 6 września 2009

Sapa - dzien 2 i 3

Czesc Wszystkim :) A przynajmniej tym nielicznym, ktorzy dodaja komentarze :]
Dzis wpis tak pozno, poniewaz bylismy wczesniej na wycieczce. Ale najpierw krotki opis wczorajszego wieczoru, bo tez troche sie dzialo :)
Po deszczu powietrze zrobilo sie przejrzyste i odslonilo wszystkie szczyty :) Szczesliwi, ze juz nie zmokniemy, poszlismy na jedzonko: ryz zasmazany z wolowina (Marcin) i ryz zasmazany z wieprzowinka (ja). Dobre bylo i sie najedlismy :) Mimo, ze bylo juz dosyc pozno i zostaly nam tylko 2h do zmroku postanowilismy wdrapac sie na Gore Smoczej Szczeki (Nui Ham Rong). Musze przyznac, ze Wietnamczycy calkiem dobrze przygotowali sciezki na gore - jest ich dosyc duzo, kupujac bilety dostawalo sie mapke ze wszystkimi (troche nieaktualna, Kalosz by sie przydal :D ) i po drodze byly tez drogowskazy. Szkoda tylko, ze sciezki byly wylane betonem, ktory byl strasznie sliski po deszczu (Marcin mowi, ze porosly go jakies mikroskopijne roslinki). W drodze na gore zwiedzilismy: Ogrod Orchidei (wiekszosc juz przekwitla lub jeszcze nie kwitla), Ogrod Europejski (roslinki jak w Ogrodzie Botanicznym w Zabrzu), Ogrod Strusi (bez strusi), etniczna wioska (nalezalo patrzec przez palce, jak mowi Cejrowski, by dojrzec "etnicznosc"), Las Skal, Brame Dwoch Niebios i Jaskinie Trzech Wejsc. Gdy dotarlismy na szczyt obserwowalismy widoczki: Sape i gorki. Nawet Phan Xi Pang sie odslonil!
Po zejsciu na dol wrocilismy na chwilke do hotelu, a potem poszlismy na miasto na jedzonko. Akurat zaczynala sie msza w kosciolku i wyciagnelam na nia Marcina. Nudzil sie strasznie, co jest zrozumiale, bo nic nie rozumial :] Ja cos tam jeszcze lapalam i pamietalam sprzed dwoch lat.
Po mszy poszlismy na jedzenie: Marcin zjadl malego szaszlyka, a ja kukurydze i jakies warzywo bulwiaste, przypominajace ziemniaka, ale fioletowe w srodku i slodkie. To chyba byl patat, ale do konca nie jestesmy pewni. Dzis tez pojdziemy tam na jedzonko, ale wybierzemy cos innego :)
W nocy padal deszcz. Nad ranem juz nie padalo - lalo. Zastanawialismy sie, czy nasza wycieczka dojdzie do skutku. Na szczescie okolo 9 przestalo i zaczelo sie przejasniac (wychodzilismy o 9:30). Plan byl nastepujacy: trekking z Sapy do wioski Lao Chai (ok. 7km), tam lunch, a potem dalszy marsz do wioski Tu Van (ok. 4km). Tam mial nas odebrac jeep i przywiezc do Sapy.
Poczatek wycieczki nie byl ciekawy, bo dlugo szlismy po asfalcie (ok 4km). Juz sie martwilismy, ze tak bedzie wygladac calosc :/ Na szczescie w pewnym miejscu zeszlismy z tej drogi i juz do konca szlismy "trekkingowymi" drozkami - czasem szerokimi na dwa bawoly, czasem waskimi na jedna koze :] Dobrze, ze jestesmy szczupli to sie zmiescilismy ;)
Widoki piekne: szczyty, czasem wodospady i wszedzie tarasy ryzowe. Naprawde, niesamowity widok i zdjecia chyba tego nie oddadza. Ale oczywiscie jest ich duzo :) Do tego wszystkie gory sie odslonily, chmury byly wysoko, takze Phan Xi Pang zostal po raz kolejny sfotografowany. Przez cala droge swiecilo mocno slonce, ale takze wial wiatr, wiec nie bylo tego czuc. Niestety, teraz to widac, bo oboje sie nie nasmarowalismy kremem z filtrem i wygladamy jak czerwonoskorzy (szczegolnie moja buzia :] ).
Po okolo 3,5h doszlismy do pierwszej wioski. Przez cala droge towarzyszyly nam kobiety z plemienia Hmong (mieszkajace w Lao Chai). Podczas marszu byly bardzo pomocne i sympatyczne, ale gdy tylko dotarlismy do granic wioski, wyciagnely swoje wyroby i otoczyly nas powtarzajac w kolko: "Buy something from me". Koszmar... My sie skusilismy tylko na jedna rzecz (stargowalismy sie ze 100 tys do 30 tys :D ), ale pozostali sporo przeplacili. Ich sprawa. Mnie tylko denerwuje, ze oni sa tacy interesowni. I ze ciezko ich sie pozbyc, gdy probuja ci cos wcisnac :/ A jak narzekaja, gdy powiesz "nie" i pojdziesz dalej...
Lunch byl sredni: dostalismy banh mi (cos w rodzaju malych bagietek lub duzych bulek), do tego po serku topionym, ogorek, pomidor i pokrojony omlet lub jajecznica (albo pomieszanie tych dwoch). Bardzo wietnamskie jedzenie... Nie rozumiem, dlaczego nie mogli nam dac miski ryzu i warzyw - wyszloby taniej dla nich, a lepiej dla nas. W koncu przyjechalismy, by probowac ich kuchni, a nie jesc to co jest dostepne w Polsce.
Droga do drugiej wioski minela szybko. Szkoda tylko, ze nasz przewodnik nie mowil nam nic o codziennym zyciu na wsiach. Pewnie, ze cos tam zaopserwowalismy, ale wolalabym, bysmy sie wiecej dowiedzieli. Moze jutro bedzie pod tym wzgledem lepiej.
Wracalismy radzieckim (prawdopodobnie) jeepem (pewnie mial z 30-40 lat) i to byla najbardziej niebezpieczna czesc wycieczki :]
Pozdrawiamy i zapraszamy do komentowania :)

Ktore to gory, a ktore chmury?


My w chmurach - na szczycie Nui Ham Rong


Czy ktos wie, co to za ptaszek? pytanie glownie do Seby;)


Widoki w czasie wycieczki


Tarasy ryzowe


Czerwonoskorzy



Opiekowanie sie rodzenstwem

7 komentarzy:

  1. Zdjęcia coraz ciekawsze. Ale będziemy mieli, co oglądać po Waszym powrocie :)
    Dobrze, że udało się Wam dotrzeć do Sapy, bo okolica i Wasze wycieczki podobają mi się.
    Mama wraca dziś z Warszawy, więc pewnie z wielkim zainteresowaniem będzie czytać relacje z Sapy, bo te telefoniczne były w wielkim skrócie.
    U nas pogoda zrobiła się jesienna. Jest dosyć chłodno, ale ze spacerów z Alkiem nie rezygnuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że okolica Sapy jest ciekawa.
    Mama pewnie nudzi się na obradach w Warszawie - wczoraj strasznie wlokły się wybory. A ja męczę kolejny projekt, a właściwie kawałek referatu o ścieżkach rowerowych do zabytków tehcniki.
    Pozdrowienia
    Tato

    OdpowiedzUsuń
  3. No i wróciłam, i zaraz rzuciłam sie oglądać wasze buzie.Obrady nawet nie były nudne, chociaż męczące jest takie siedzienie godzinami. Głosowania z porównaniu z poprzednimi zjazdami aż tak się nie wlokły. Dostalismy maszynki do głosowania i tylko trzeba była naciskać guziczki. Pan z firmy informatycznej pouczył o sposobie użycia urządzeń, było troche śmiechu a potem już poszło dobrze. Wyniki natychmiast pojawiały sie na ekramie.Spotkałam wielu znajomych, więc oczywiście były nocne Polaków rozmowy. Jedzenie było b. dobre i dużo, troche mało picia, ale niedobór płynów uzupełnialiśmy napojami wyskokowymi (w umiarkowanych ilościach). Ale cieszę się że już wróciłam. W domu stara kołomyja, Halina przywiozła na kilka dni Ligię i Kubę bo idzie z Kacprem do szpitala. Co do waszych wojaży trzeba było od razu jechać do Sapy. życze udanych wycieczek i czekam na kolejne relacje. Mama.

    OdpowiedzUsuń
  4. Widoki super :) Oglądając zdjęcie opiekowania się dziećmi zastanawiałam się, jak moje energiczne dzieci by tam wysiedziały :)

    Mała z Kubą od dzisiaj śpiąu babci parę dni. Jak wychodziliśmy to wydzierała się swoim skrzeczącym głosem :( Mam nadzieję, że już jednak śpi.

    Od jutra jestem z Kacprem na nefrologii, więc nie będzie teraz moich wpisów :( Mam nadzieję, że do środy wyjdziemy.

    OdpowiedzUsuń
  5. 1. Góry to te z falbankami, a chmury to te drugie.
    2. Cały czas monitorujemy Wasze eskapady, ale gdy dowiedziałem się, że adres ten jest na znanym portalu społecznościowym, to odechciało mi się pisać.
    3. Ważne informacje są na poczcie.
    4. Jak się zaSapacie, to trochę odpocznijcie.

    OdpowiedzUsuń
  6. 5. P.S. trzymajcie się, buziaki od całej trójki dwunożnych i dwójki czworonożnych.
    6. Pa

    OdpowiedzUsuń
  7. muszę to wreszcie przyznać : kurcze jak ja Wam zazdroszczę ! (janek)

    OdpowiedzUsuń